Ciągły pośpiech-wybór czy wewnętrzny przymus?

Spotkałam jakiś czas temu kolegę. Nie widzieliśmy się dość długi czas, więc staliśmy i wymienialiśmy się nowinkami z naszego życia. Bardzo dużo się u niego działo: przedszkole, praca, dzieci, wyjazdy. U mnie też: praca, spotkania, dzieci. Zaproponowałam, że może wpadnie do nas na kawę z rodziną. Zmartwiony pokręcił głową i stwierdził, że na pewno nie teraz, bo tyle rzeczy się dzieje i tak mało czasu na wszystko. I kawa jest wykluczona. Po czym pobiegł pędem do domu. Ja z wózkiem poczłapałam się do swojego. Kilka dni wcześniej rozmawiałam przez telefon z koleżanką. Ona też na nic nie miała czasu i z niczym się nie wyrabiała: praca, dom, dzieci, zero czasu dla siebie. Nawet rozmowę musiała kończyć szybko, bo brakowało jej czasu. Szłam i tak rozmyślałam o życiu, kiedy wpadłam na sąsiadkę. I znów kolejna wymiana zdań na klatce schodowej: co u ciebie, co u mnie, musimy się w końcu spotkać na kawę.

Dotarłam w końcu do domu i samotnie wypiłam moją kawę. Zaczęłam się jednak zastanawiać, dlaczego wszyscy bez wyjątku cierpimy na chroniczny brak czasu? I dlaczego coraz częściej zastępujemy relacje międzyludzkie pracą, gonitwą, serialem w tv albo stroną internetową? Przecież to w prawdziwych ludziach mamy przyjaciół, oparcie i prawdziwe życie. Czy naprawdę nasze życie przyspieszyło, czy może pośpiech wynika ze sztucznego napędzania się prędkością światła i konieczności zrobienia miliona rzeczy, które robią inni?

Pośpiech – zaczęłam się mu baczniej się przyglądać i ze zgrozą stwierdziłam, że z kimkolwiek nie rozmawiam, to za każdym razem pada kwestia braku czasu. Jednocześnie zaczęłam być też bardziej przekonana faktem, że ten czas realnie istnieje, tylko my sami wybieramy czasem: czy go mieć czy nie. Bo, czy trzeba zapisywać dziecko na 5 zajęć pozalekcyjnych i każdego dnia po pracy gonić na złamanie karku, aby zawieźć malca na kolejne zajęcia, podczas których nauczy się umiejętności, bez których w przyszłości sobie nie poradzi? Czy trzeba organizować weekend od a-z, tylko po to, żeby dzieci się nie znudziły domem i nie zaczęły marudzić? Czy trzeba biec pędem do domu na kolejny serial? Czy nie warto zwolnić kroku i pogapić się w pochmurne niebo? Czy nie fajnie byłoby spędzić całą sobotę w łóżku w piżamach wraz z całą rodziną? Czy w drodze ze spaceru nie milo byłoby wstąpić na herbatę do sąsiadki, zanim gonić do domu myśląc o kolejnych obowiązkach? Czy naprawdę warto marnować czas na skakanie po stronach internetowych, w zamian na rozmowę ze współmałżonkiem albo czytanie powieści na kanapie? I czy warto gonić za tłumem, nie wiedząc dokąd biegniemy? I robić to, co tłum, nie wiedząc, czy tego chcemy?

Przecież życie jest właśnie tutaj, dziś, w zabawie, uśmiechu, rozmowie, spotkaniu z bliskimi, słuchaniu i mówieniu, a nie ciągłej sztucznej gonitwie donikąd. Co można zrobić, aby zwolnić tempo i zacząć żyć bardziej tu i teraz? Każdy z nas sam chyba wie najlepiej. Może nie szukać na siłę dodatkowych zajęć dla siebie i dzieci. Znaleźć czas na spokojną kawę ze sobą. A później na kawę z sąsiadką. Pobawić się z dziećmi na luzie i bez pośpiechu. Wyłączyć komputer. Nie planować każdej godziny. I żyć bardziej spontanicznie. Pośpiech nie jest nikomu wskazany.

Dla mnie zwolnienie tempa to siedzenie z kubkiem kawy i gapienie się w okno 🙂, to zabawa w chowanego z dziećmi (okupiona późniejszym pójściem spać, bo jest tak fajnie, że nikt nie chce kończyć), to zapukanie do drzwi sąsiadki z pytaniem czy mogę wstąpić na pogaduchy, to niedziela przechodzona w piżamach i przeleżana w łóżku z książką i dziećmi skaczącymi po mnie, to radość z tego, co jest i brak wewnętrznego przymusu, żeby robić to, co inni.

Zastanawiasz się, od czego zacząć zwalnianie tempa? Skup się, a odpowiedź sama przyjdzie.

(Wyświetlono 324 razy, 1 wyświetleń dzisiaj)

Powiązane Artykuły

Dodaj komentarz