Bezwarunkowa akceptacja – do czego jej potrzebujemy?

Wiele lat temu miałam taką przypadłość, że bardzo często tłukłam naczynia. Talerze, kubki, cukierniczki…Nie wiem, jak to się działo, ale naczynia same wyślizgiwały się z moich rąk. Zamyślenie, niezdarność, brak uwagi – nie wiem, ale prawda była taka, że z niesamowitą częstotliwością pozbywałam się ulubionych naczyń! I bardzo tego w sobie nie lubiłam. Denerwowałam się, kiedy znów coś spadało na ziemię i kiepsko się z tym czułam. Kiedy coś było wyszczerbione albo znikało z kuchennej szafki, wszystkie podejrzenia padały na mnie!
 
Wciąż tak miałam, kiedy spotkałam mojego męża. Pamiętam, jak w naszej pierwszej małej kuchni prawie co drugi dzień jakieś naczynie kończyło na czarno-białej podłodze. Rozpaczałam, że w takim tempie całe nasze wypłaty przeznaczymy na uzupełnianie kuchennych szafek. A mój mąż (wtedy jeszcze nie) przytulał mnie i zawsze mówił ze spokojem: “Nie martw się, to tylko kubek, nie ma sensu tak się przejmować rzeczą materialną, kupimy nowy!” Śmiał się, że uwielbia mnie właśnie taką i że to jestem cała ja. Powtarzał tak za każdym razem, kiedy coś niechcący niszczyłam. I stała się niesamowita rzecz. Dzięki jego wsparciu i akceptacji, po jakimś czasie sama zaczęłam się z siebie śmiać, przestałam się przejmować, a po kilku miesiącach, zorientowałam się, że moja przypadłość zniknęła. Nie tłukłam już więcej naczyń! Zupełnie. Moja mama nie mogła w to uwierzyć! Nawet dziś rzadko mi się zdarza, aby coś zniszczyć 🙂 
 
Co się stało? Dlaczego nagle naczynia przestały wypadać mi z rąk? Stało się tak dzięki bezwarunkowej akceptacji mojego męża! Swoim spokojem, poczuciem humoru, luzem, brakiem przywiązania do rzeczy materialnych i brakiem krytyki, mój mąż sprawił, że ja sama bardziej w siebie uwierzyłam i zaakceptowałam moją słabość. I niespodziewanie moja przypadłość odeszła w zapomnienie! Wyobrażacie sobie? Jak niesamowitą siłę ma w sobie bezwarunkowa akceptacja drugiej osoby? Niesamowite, prawda?
 
Innym razem, kiedy zaraz po egzaminie na prawo jazdy, zaparkowałam samochód na słupie (!) i wgniotłam drzwi, mój mąż zaśmiał się, pocieszył, że jemu zdarzyło się to samo i dodał, że najważniejsze jest to, że ja jestem cała i zdrowa. “Rzeczy materialne są po to, aby się zniszczyć”. Tak jak ubrania po to, aby je brudzić, rajstopy dziurawić, a mleko wylewać na stół.
 
Co by dało w takiej sytuacji mówienie: “Dlaczego nie uważałaś?”, “Następnym razem musisz bardziej uważać”? “Przecież Ci mówiłem”. Co by dała krytyka, krzyk, złość, aluzje, upominanie? Nic, zupełnie nic. Gdybym usłyszała takie zdania w momencie, kiedy tłukłam naczynia, to tylko bardziej bym się zdołowała, a starając się uważać, pewnie tłukłabym tylko więcej naczyń! Natomiast dzięki bezwarunkowej akceptacji mojej osoby, moich słabości i wad, pojawiła się wiara w siebie i poczucie luzu, a zniknęło poczucie winy. Ta akceptacja pomogła mi w siebie uwierzyć, odpuścić i pozwolić sobie na bycie sobą. Pomogła mi zaakceptować siebie taką, jaka jestem.

Ta historia pokazuje bardzo wyraźnie, jak akceptacja bliskich osób wspaniale działana nasze samopoczucie. Często jest tak, że nieświadomie nie akceptujemy zachowań i cech bliskich nam osób. Złościmy się na dzieci, kiedy rozleją wodę na kanapę, strącą talerz albo pobrudzą podłogę. Wytykamy mężowi, że popsuł telefon, śmiejemy się, że jest gapą. Niby od niechcenia mówimy do bliskiej osoby, że nie potrafi czegoś zrobić, że jest guzdrałą, że to i tamto. A to nie pomaga. Dziecko, które słyszy w kółko: “Przecież Ci mówiłem, żebyś uważał”, “Ale z Ciebie niezdara”, “Znowu rozlałeś wodę”, itp…przestaje wierzyć w siebie i zaczyna się stresować w kolejnych podobnych sytuacjach. Przestaje się również starać, bo wie, że i tak mu się nie uda!

Każdy z nas ma wady i zalety. Każdy ma cechy mniej i bardziej lubiane przez innych. Nikt nie jest idełem. Niektóre rzeczy możemy zmienić, możemy nad nimi pracować, ale na niektóre zupełnie nie mamy wpływu. Szczególnie dzieci nie mają wpływu na to, jakie są. Nic nie mogą poradzić na to, że kubki wypadają im z rąk i soki rozlewają się na kanapę. Ale my możemy im w tym pomóc naszą postawą, pełną akceptacji i wsparcia. Nic nie da powtarzanie w kółko, aby dziecko uważało, ale wiele może zmienić spokojne mówienie, że “nic się nie stało”, że “to tylko rzecz”. Dziecko samo wystarczająco przejmuje się swoją porażką, nawet jeśli nam tego nie pokazuje. Nie trzeba mu dokładać więcej. Czasem mamy ochotę pouczać, pokazywać, że można inaczej, ale często jest to naprawdę niepotrzebne. Bezwarunkwa akceptacja bliskiej osoby sprawi, że ona uwierzy w siebie i swoje możliwości. Spóźnialski mąż, kiedy usłyszy: “Kochanie wiem, że się starałeś”, zamiast: “Znów sie spóźniłeś”, zrobi wszystko, aby być na czas. A dziecko, które nie jest krytykowane za swoją “nieporadność” o wiele szybciej uwierzy w siebie i swoje możliwości!
(Wyświetlono 117 razy, 1 wyświetleń dzisiaj)

Dodaj komentarz